Strasznie chciałam mieć własny samochód, tylko zastanawiałam się, jak w krótkim czasie mogę zarobić odpowiednią sumę pieniędzy.
Studiowałam dziennie, dlatego mogłam pozwolić sobie jedynie na pracę dorywczą i praktycznie tylko w weekendy. Po pół roku doszłam do wniosku, że tym sposobem uzbieram, ale na malucha. Tak naprawdę to nie było szans nawet na maluszka, no chyba, że na 15 letniego.
Potrzebowałam trochę czasu zanim to zrozumiałam. Wtedy tez wpadłam na pomysł wyjazdu za granicę, żeby móc więcej zarobić. To było najlepsze rozwiązanie, które przyszło mi wtedy do głowy, kilka miesięcy ostrej harówki i autko będzie.
Do wyjazdu przekonał mnie mój brat, który mieszka w Anglii od pięciu lat. Pewnie gdyby nie on, nadal pracowałabym w pizzerii za grosze.
Wiedziałam, że będę musiała pracować po 16 godzin na dobę, aby osiągnąć założony cel. Postanowiłam spróbować.
Sprężyłam się maksymalnie, aby na początku sesji zdać wszystkie egzaminy. Oczywiście sesja poprawkowa nie wchodziła w grę.
Świadomość większego zarobku i zbliżającego się widoku na nowe auto dodało mi sił w walce z egzaminatorami. Pokonałam ich i w połowie czerwca zdałam już indeks.
Mogłam wskoczyć na prom do Anglii i wyruszyć realizować swoje marzenie.
Pracę w Anglii miałam załatwioną oczywiście przez brata. Pracowałam w fabryce lekarstw.
Przez te trzy miesiące brałam tyle nadgodzin, ile tylko było możliwe. W końcu pojechałam tam do pracy, a nie na wakacje.
Całe szczęści, że praca, którą wykonywałam nie była za bardzo męcząca. Dlatego bez większych problemów dałam radę.
Gdy wracałam promem do domu, widziałam już w głowie samochód stojący przed moim domem, a to dzieki tym funtom zgromadzonym przeze mnie na koncie…